Arkadiusz Wierzba

Encyklika psychobeki

Nośnik DRUGI - miniatura 2

{Rec.} Kamil Sipowicz, Encyklopedia polskiej psychodelii. Od Mickiewicza do Masłowskiej, od Witkacego do street-artu, Warszawa 2013.

O planowanej przez Sipowicza książce usłyszałem po raz pierwszy, gdy Pułka wspomniał o swojej z nim korespondencji. Filozof z Otwocka szykował wtedy summę psychodeliczną, której część miała zostać poświęcona poecie z Rudnika – dzieło w zamierzeniu rozległe i wyczerpujące temat kulturotwórczej roli substancji psychoaktywnych w Polsce, w dodatku pod auspicjami wydawnictwa poważnie zaangażowanego w kreowanie ideowych podstaw sensownej polityki narkotykowej. Żadnej książki Sipowicza wcześniej nie czytałem, był dla mnie tylko celebrytą z serwisów plotkarskich (umiarkowanie zabawnym), wspierającym przy jakiejś okazji marzenia Palikota o korycie (średnio zabawne) i walczącym w obronie prawa psów do jarunku (bardzo zabawne, a i słuszne zarazem). CV doktora filozofii chrześcijańskiej wskazywało natomiast na mocne zaplecze merytoryczne (uniwersytety, czasopisma, referaty): można było mieć nadzieję, że KaPecja szykuje poważną torpedę. Lecz zapomniałem byłem, że książek nie ocenia się po okładkach i tytułach, a doktorów po oficjalnych życiorysach. Sam więc sobie zgotowałem rozczarowanie. I wkurw. Niesamowity wkurw.

 

Encyklopedia?

Kto pisze encyklopedię w pojedynkę? To jakiś żarcik? Dowcipna redakcja mogła zatem zasygnalizować to lolem, emotą lub choćby cudzysłowem. Inaczej łatwo zostać posądzonym o niecne intencje zbijania hajsu na ludzkiej naiwności (pomyślmy o biednych rodzinach kupujących dzieciom tę encyklopedię na pierwszą komunię lub pierwszego kwasa…). Polityka narkotykowa w kraju okupowanym przez policję – zbrojne ramię zorganizowanej przestępczości narkotykowej – to sprawa niezwykle poważna, panie Sipowicz, dobrze pan o tym wie (mam nadzieję). Fatalnie, że już na etapie przygotowań nie pomyślano o stworzeniu zespołu (ekspertów, redaktorów, artystów) do pracy nad taką popularyzatorsko-edukacyjną monografią (nie było nikogo do tej roboty? Serio?). W efekcie dopuszczono do druku książkę niezwykle ważną, lecz absolutnie badziewną w wykonaniu, momentami wręcz żałosną. Dlaczego ta monumentalna praca powierzona została opiece redakcyjnej jednej zaledwie osoby, która z racji wykształcenia i zainteresowań mogła co najwyżej postarać się o doszlifowanie literacko-językowej wartstwy publikacji? (Mowa o polonistce, Marcie Konarzewskiej).

 

 

Encyklopedia polskiej psychodelii z encyklopedią nie ma nic wspólnego, słusznie zwracali już na to uwagę jej nieliczni recenzenci (w „Polityce” i na portalu popmoderna). Jej układ oscyluje raczej między subiektywnym leksykonem i antologią tekstów z komentarzami redakcyjnymi. Niezbyt encyklopedyczny jest też jej content: część to nawet zgrabnie napisane i dość interesujące eseje popularyzatorskie (pierwsze kilka rozdziałów), reszta to wielki melanż lepszych i gorszych żartów, para-biogramów, fury tekstów i nierównej jakości grafik (polecam kontemplację rysunków ze strony 364). Pomiędzy tym wszystkim masa prywatnych opinii (np. słabo uzasadnione postponowanie amerykańskiego etapu działalności czeskiego badacza LSD, Stanislava Grofa, s. 16) i tzw. wniosków z dupy. Część z nich wynika z niezgrabnego operowania komentarzem interpretacyjnym i własnymi przemyśleniami o naturze rzeczywistości, jak choćby we fragmencie poświęconym księdze Zohar, gdzie – ni stąd ni zowąd – dowiadujemy się, iż: „Grzyb był u zarania przy boskim Wielkim Wybuchu i będzie u jego kresu jako eksplozja termojądrowa” (s. 26). Bardzo fajny obrazek, taka wizja Sipowicza, rozumiem. Pytanie brzmi: jaki jest jej związek z Zohar i dlaczego komentarz do Scholema nie został oddzielony od impresji autora książki?

Wnioski z dupy generuje też karkołomna metodologia tej publikacji. Schemat doboru i czytania tekstów kultury, pozbawiony jakiegoś sensownego, antropologicznego zamysłu, sprowadza się tu do modelu:

  1. brał to i to, napisał to i to – tak właśnie wygląda ogromny rozdział o Pułce (s. 264-284), który składa się wyłącznie z listy deklarowanego spożycia (którą Sipowicz uzyskał korespondencyjnie od podmiotu czynności twórczych) i fragmentu prozy Vida Local, po którym następuje przedruk CAŁOŚCI Vida Local (gdzie powielony zostaje raz jeszcze cytowany wcześniej fragment – to jakiś kompletny idiotyzm, przeoczony najwyraźniej przez redaktorkę). Miało to miejsce jeszcze przed premierą, zgody na to Sipowicz nie otrzymał (jeśli otrzymał, to jaką drogą?), a nieżyjący nie zaprotestuje, więc debiutancka proza Pułki miała swoją pośmiertną prapremierę w KaPecji. Ciekawe, czy Sipowicz w ogóle zadał sobie trud przeczytania całości, skoro tak nonszalancko ją potraktował?
  1. nie wiadomo czy brał, ale:
    • teksty sprawiają wrażenie, jakby brał – np. w rozdziale o Mickiewiczu czytamy: „Makabryczno-komiczne wizje guślarza są typowe dla upojenia roślinnymi substancjami psychodelicznymi” (s. 55). Właściwie, jak się dobrze człowiek nakurwi, to wszystko jest do wszystkiego podobne, bo przecież kosmos to korpuskularno-falowa jednia, czyż nie? Rodzi się zatem pytanie: jakie substancje przy pisaniu „encyklopedii” spożywał Sipowicz? I czy aby nie przesadził jednak z dawkowaniem?
    • ubierał się / wyglądał / zachowywał, jakby brał – ten chwyt interpretacyjny sprawdził się wyjątkowo dobrze w rozdziale o Potockim, którego Sipowicz ochrzcił mianem „protohipisa” (s. 51).
    • znał tych, co brali / przebywał tam, gdzie brano / na pewno miał dostęp – więc brał, brał, brał! Musiał! Jak choćby Czechowicz i jego koledzy z cyganerii lubelskiej, bo: „Wystarczy (…) przeczytać gazety z epoki, na przykład >>Express Lubelski<< z 12 sierpnia 1932, aby znaleźć alarmujące teksty o częstych w mieście zatruciach opium” (s. 90).

Ostatecznie model ten byłby nawet do przyjęcia, o ile w efekcie jego zastosowania do czytania tekstów kultury zaoferowano by czytelnikowi inspirujące, niebanalne, przełomowe interpretacje klasycznych dzieł. Interpretacja jednak wychodzi Sipowiczowi najgorzej. Właściwie wszystkie komentarze do zamieszczonych w Encyklopedii tekstów sprowadzają się do nieznośnej dystrybucji tych samych komunałów o wizyjności lub niepokojących napięciach. To interpretacyjne kalectwo wyjątkowo jaskrawo uwidacznia rozdział o poezji współczesnej, poświęcony między innymi Kopytowi i Górze, gdzie natrafimy na taki oto brawurowy popis błyskotliwości:

„Ich poezja to heraklitejski strumień (świadomości), gdzie filozofia, teologia, dzień codzienny, buddyzm, anarchizm, recykling (w każdym znaczeniu), subkultury, fizyka kwantowa i matematyka walczą o swoje miejsce w ich nadwyrężonych czakrach.” (s. 243)

Ten komentarz to albo dowód absolutnej ignorancji i nieznajomości tematu (wersja łagodna), albo wyjątkowej głupoty i braku wrażliwości czytelniczej (wersja hard). Cytat, w zestawieniu z twórczością Góry i Kopyta, mówi sam za siebie. Nie czas i miejsce, by tłumaczyć tu charakter tej wtopy. Podejrzewam zresztą, że przy takim braku autokrytycyzmu, jaki prezentuje ta publikacja, moje tłumaczenia nie na wiele by się zdały. Kamil Sipowicz bowiem to nie tylko autor omawianego kompendium, ale i jeden z czołowych przedstawicieli psychodelii polskiej, np. w poezji (s. 30). W ten sposób dowiedziałem się, że pisał wiersze. I chciałbym o tym w miarę szybko zapomnieć.

Status autora, choć niby traktowany ironicznie (vide: żart z trylogią Sienkiewicza na okładce) zdaje się być dla autora sprawą kluczową, bo wspomina on o swojej randze wyjątkowo często (maskując się żartem), zamiast skupić się na odwaleniu sensownej monografii z zacięciem popularyzatorskim (tak jak udało mu się to w komentarzu do dziejów kultury na wstępie: sporo ciekawych informacji, naprawdę). Przez to projekt trąci narcystycznym zadęciem: całość przypomina bardziej encyklikę niż encyklopedię, a psychodelia – z racji przeważającej części materiału i jego obróbki – raczej psychobekę.

Jakby tego było mało, publikacja – mimo prowadzonych przez autora konsultacji botanicznych – jest niechlujna merytorycznie: czymże są liście tabaki, jeśli nie po prostu liśćmi tytoniu szlachetnego, którego rysunek i łacińska nazwa pojawia się obok tego wątpliwego określenia? (s. 50, dobrze, że nie pojawiają się przynajmniej liście papierosa…). Z racji braku redakcyjnej opieki specjalistów z poszczególnych dziedzin można podejrzewać, że tego typu kiksów jest niestety więcej, co ostatecznie kompromituje podstawy projektu Sipowicza. Totalna klapa, za sześć dyszek w detalu. Można się wkurwić.

I jeszcze jedno: czy to aby na pewno dobry pomysł, by książka o psychodelii wyglądała jak typograficzny śmietnik? Noviki Studio przygotowało świetną okładkę, pełen szacunek, ale to, co graficy zrobili w środku, po prostu utrudnia lekturę! Encyklopedia roi się od szkolnych błędów w składzie, wersy w cytatach poetyckich są łamane bez sygnalizacji autorskich zamierzeń, a w operowaniu światłem nie ma żadnej logiki. Rozumiem, że chaos typograficzny miał w zamierzeniu upsychodelicznić tę książkę także w warstwie wizualnej? Czy Encyklopedię zaprojektowano do czytania WYŁĄCZNIE na fazie? Jeśli nawet, to czy to dobrze, żeby książka np. o gównie w literaturze miała stronice lepkie od sraki? Raczej wstrzymałbym się z realizacją takich konceptów.

Szkoda tego całego wysiłku i szumu. Cholernie szkoda.

######

Tekst ukazał się w DRUGI-m „Nośniku” Rozdzielczości Chleba: czytaj online za darmo albo pobierz go tutaj

Bio
Arkadiusz Wierzba - czujnik.